środa, 17 sierpnia 2016

Przemyślenia i efekty po miesiącu ćwiczeń (2016)

Ciekawi mnie, czy moi stali czytelnicy po przeczytaniu tytułu tego wpisu nie mają przypadkiem małego deja vu? Pamiętacie moją walkę z utratą zbędnych kilogramów, o której pisałam na blogu równe 3 lata temu? Trzy długie lata, podczas których tyyyyle się wydarzyło! "Zjojowałam", przypadkiem schudłam 2x tyle, a potem znowu przytyłam. Fajnie, prawda? W efekcie ogarnęła mnie frustracja i jeszcze większe przekonanie, że ćwiczenia i diety po prostu nie są dla mnie, bo im bardziej się staram, tym więcej tyję. Im bardziej mam wylane na to, co jem i czy w ogóle się ruszam, tym szybciej chudnę. :D Tak było przez dłuższy czas i chyba nadal byłabym w stanie podtrzymać tę teorię, choć wiem, że jest śmieszna. Ale mniejsza o to. Wszystko Wam opowiem. W końcu gdzie, jak nie tu, na moim własnym blogu mogę się wyżalić? Kto lepiej od Was mnie zrozumie, doradzi i zmotywuje? No absolutnie nikt. Dlatego witajcie i czytajcie, jeśli tylko macie ochotę! ;) Na pewno nie ja jedna borykam się z wątpliwościami i chwilowym kryzysem w kwestii ćwiczeń, więc przybijmy sobie piątkę, trochę ponarzekajmy, a potem spinajmy poślady i ćwiczmy dalej!


Jak wspomniałam wcześniej, w 2013 roku także pojawiały się wpisy o tej tematyce. Zawsze miałam bzika i kompleksy na punkcie swojej wagi i pewnie nigdy się to nie zmieni, nawet gdybym składała się z samych kości i wiszącej skóry. No tak już mam, zresztą chyba w większości takich przypadków problem leży "w głowie", nie zawsze w samym wyglądzie, więc na pewno wiecie o co chodzi. Dla nowych czytelników, którzy może będą ciekawi jak to wyglądało wtedy, przypomnę, gdzie możecie zerknąć na stare wpisy, przemyślenia i efekty tamtych ćwiczeń:

- po miesiącu - KLIK

- po dwóch miesiącach - KLIK

- po trzech miesiącach - KLIK


Ku mojemu zaskoczeniu do dzisiaj, nawet kiedy blog "nie żyje" są to jedne z najpoczytniejszych wpisów na blogu, bardzo często tam zaglądacie i to właśnie one generują najwięcej wejść. Nie wiem, czy wynika to z tego, że stało się to tak popularne, czy po prostu bardziej wolicie luźne wpisy z własnymi przemyśleniami, niż sztywne recenzje, ale cieszy mnie to. Choć oczywiście zdjęć "przed" wciąż "nieco" się wstydzę. Jednakże jeżeli tamte efekty kogokolwiek zmobilizowały/zmobilizują do walki nad samym sobą, to jest i będzie to dla mnie wystarczająca rekompensata i schowam na jakiś czas ten wstyd do kieszeni. :))


Trzy lata. Po końcu trzeciego miesiąca ćwiczyłam coraz mniej i mniej... byłam zadowolona ze swojego wyglądu i zwyczajnie przestałam dalej ćwiczyć. Sądziłam, że to tylko chwilowo, ale jak widać, by ponownie się do tego zabrać, potrzebowałam aż trzech lat. Do końca tamtego 2013 roku dosyć szybko przybrałam te 6 kg, które udało mi się wtedy zrzucić, choć ciało nadal wyglądało "dobrze". Pewnie nawet było ich więcej, ale szczerze mówiąc nie pamiętam. Byłam zła na siebie, ale wciąż nie umiałam zmobilizować się, by ponownie do tego wrócić. Dziwne, prawda? Co, jak nie moje własne efekty miało mnie zmobilizować i czemu tak trudno było mi do tego wrócić? Nie wiem, to pewnie z lenistwa. Może liczyłam na to, że te 3 miesiące załatwią sprawę i do końca życia będę już w miarę chuda. Zapewne tak właśnie było :D Szkoda, że tak się nie da!


W styczniu 2014 roku na uczelni złapałam jakiegoś POTWORNEGO wirusa, wymiotowałam wszystkim co tylko się dało, nawet oddychanie mnie męczyło, bo od razu biegłam do łazienki. Przez 3 dni jadłam tyle, co wróbel, a i na to nie miałam ochoty. Później, kiedy już czułam się dobrze jakoś straciłam apetyt, skurczył mi się żołądek, schudłam ponad 4 kg i ogółem jadłam nieco mniej (żadnej diety, po prostu mniejsze ilości). Z dnia na dzień rzuciłam całkowicie białe pieczywo i przerzuciłam się tylko na ciemne, razowe chleby, które naprawdę mi zasmakowały :O W ciągu trzech miesięcy (a może i mniej), schudłam 17 kg. Bez żadnych ćwiczeń. Bez żadnej diety. Do dzisiaj nie wiem, jak i dlaczego. Tylko przez to, że rzuciłam białe pieczywo? Schudnięcie zagadka. W ogóle się o to nie starałam, jadłam słodycze jak zawsze, nie miałam nic wspólnego ze sportem i ruchem, a schudłam taaaak dużo. Wyglądałam naprawdę dobrze. Baaa, nawet bardzo dobrze.

Mijały tygodnie, miesiące.... I znowu przytyłam ok. 6-7 kg, choć bardzo powoli i pewnie wcześniej należało zareagować. Próbowałam się zmuszać, poćwiczyć, za każdym razem mówiłam sobie, że teraz na pewno wytrwam, że zacznę od jutra i... jak się nie trudno domyślić "jutro" wciąż do niedawna było dla mnie dosyć odległym terminem. Myślę, że to przez stres, bo przez ostatnie 2 lata miałam go sporo, do tego doszła zmiana szkoły na taką, której szczerze nienawidzę i brakuje mi stabilizacji. A kiedy się stresuję, zajadam. Kocham słodycze, niestety. Choć jem ich dużo mniej niż kiedyś i potrafiłabym ich sobie odmówić gdybym się mocno uparła, to jednak wciąż bardzo je lubię. Skubnę batonika, jakiegoś chipsa, zrobię placek (to ostatnio moje nowe hobby - odkryłam moje nowe powołanie :D )

źródło

W każdym razie, przytyłam i zaczęłam czuć się źle. Nie od razu, nie tak strasznie jak kiedyś, ale ostatnimi czasy waga zaczęła pokazywać dużo za dużo. Postanowiłam, że w tym roku na pewno spróbuję, na pewno będę walczyć, ALE... nie wiedziałam, skąd wziąć do tego kopa. Wierzycie w to, że czasem się spotyka pewnych ludzi w odpowiednim czasie? :) Ja bardzo i kiedyś Wam temat rozwinę, jeśli chcecie, w każdym razie teraz też tak było. Zaczęłam rozmawiać z dawną koleżanką (pozdrawiamy, Angie :D) iiiii.... z racji tego, że sama ćwiczy, jakimiś magicznymi czarami sprawiła, że 10 lipca 2016 r., też zaczęłam i ćwiczyłyśmy w podobnych godzinach. :) Najpierw dosyć niechętnie, wciąż byłam z siebie niezadowolona, ale Angie mówiła, że nie ważne jak długo, ważne że w ogóle ćwiczę. I tak powoli pchała mnie tym do przodu. Po 2 tygodniach już się wkręciłam i liczyłam na super efekty, jak 3 lata temu. Jestem niecierpliwa, więc wciąż się ważyłam. Waga szła jeszcze bardziej do przodu, ale zbytnio się tym nie zmartwiłam, bo to podobno mięśnie. Podobno po miesiącu miało się to trochę unormować... Podobno.


Wiedziałam jednak, że waga to nie wszystko i pomyślałam, że w takim razie "pocieszę się" miarą. I szlag jasny mnie trafiał. Dzień po dniu. Angie jest świadkiem :)) Centymetry zamiast spadać, lub w najgorszym razie stać w miejscu, wciąż rosły!!! 3 lata temu już po miesiącu straciłam mnóstwo cm, tym razem spodziewałam się, że będzie podobnie. Może nie aż tak bardzo spektakularnie, ale chociaż podobnie. A tu klops. W niektórych partiach jeszcze więcej... Od razu zaznaczę, że tylko sobie ćwiczę i dylam po pokoju. Nie mam żadnej diety, bo w żadnej bym nie wytrwała, prawie niczego nie lubię jeść. Nie trudno się domyślić, że mój zapał i wiara w to, że schudnę "lekko" podupadły? :( Niezbyt chętnie teraz zabieram się za ćwiczenia, ale.... próbuję. Chciałabym dać sobie czas do końca roku, więc trzymajcie mocno kciuki! W końcu to dopiero miesiąc, a nie od razu Rzym zbudowano... :)


Najgorsze jest chyba to, że porównuję te efekty z tymi sprzed trzech lat i chyba to frustruje mnie jeszcze bardziej. Nie lubię tego. Ale żeby nie było aż tak bardzo pesymistycznie, to powiem Wam, że jestem z siebie bardzo dumna, że tym razem nie ma wymówek, że się w końcu za to wzięłam, że wytrwałam już miesiąc i że jakieś tam cm spadają. :) Mogło być dużo lepiej i pewnie z dietą albo profesjonalnym trenerem osiągnęłabym dużo więcej, ale na razie muszę się zadowolić tym, co mam. :) A że w tym miesiącu sporo miałam okazji do robienia placków i podjadania słodyczy, to domyślam się, że miało to znaczny wpływ na to, że efekty są dużo wolniejsze, niż wtedy. Chciałabym nie musieć żyć jak "pod rygorem", z ciągłym liczeniem kalorii i wpadaniem w panikę, kiedy okaże się, że zjadłam ich nieco za dużo. Chcę tak normalnie, zwyczajnie, jeść to, co lubię (ale bez objadania się) i łączyć to z ćwiczeniami. Dla lepszego samopoczucia i poprawy formy. Tak po prostu :)


Efekty po miesiącu ćwiczeń:

Biodra: - 2 cm
Brzuch: - 2 cm
Biust: + 2 cm :((
Uda: + 2 cm :(( :((
Kolana: - 2 cm
Łydka: - 4 cm
Kostka: - 2 cm
Ręka (w bicepsie): +/- 0 (bez zmian)


Taaak, sprawdzam też kolana, kostki i łydki :D Są najbardziej baleroniaste i w sumie zdziwiłam się, że tak ładnie z nich zeszło, choć jakoś znacząco tego na żywo nie widzę, hmm.. :) Niepokoi mnie przyrost w biuście i udach. Jeśli chodzi o uda, to właśnie z nich najbardziej chciałam schudnąć i ćwiczyłam dużo ćwiczeń właśnie na "szczupłe uda". Tymczasem chodzi mi się teraz jeszcze gorzej, niż przed ćwiczeniami, bo uda ocierają się o siebie i bardzo mnie to drażni. 3 lata temu po miesiącu z samych ud zleciały mi 3 cm, a teraz nie dosyć, że nic nie spadło, to jeszcze przybrały raz tyle. :/ Fakt faktem, że ciało robi się smuklejsze i nogi też są bardziej "twarde", już nie taka galaretka jak przedtem, ale mimo wszystko martwi mnie to. Jestem niecierpliwa. Wyobrażałam sobie, że będę Wam się mogła pokazać i będziemy się razem motywowały do dalszej walki, ale na to muszę jeszcze trochę zapracować. Choć brzmi to wszystko dość pesymistycznie i choć sama nie jestem nadal przekonana, czy dam radę, to zachęcam Was mocno do tego, żeby zacząć od dzisiaj. Rzucić wszystko i poświęcić chociaż te 15-20 minut dla siebie. Prędzej czy później przyniesie to mniejsze lub większe efekty. Jedni chudną szybciej, bo mają więcej do zrzucenia, innym zajmuje to więcej czasu.... Tak już jest.... Niestety :)


Jestem jednak zadowolona z reszty wyników i liczę, że za miesiąc będzie jeszcze lepiej. Obym tylko wytrwała! :) Co do samych ćwiczeń, to w tym miesiącu głównie stawiałam na ćwiczenia na dolne partie ciała - uda i pośladki + cardio. Tradycyjnie Mel B, XHIT Daily oraz Fitness Blender. Uwielbiam ich. :) Dajcie znać, z kim Wy ćwiczycie? :) Może są jakieś fajne kanały na YT, które przeoczyłam? Zastanawiam się nad wykupieniem diety od Chodakowskiej, ale nieco się boję, że jak zobaczę w niej 3/4 rzeczy, których nie lubię (a to więcej, niż pewne, bo prawie niczego nie lubię jeść :D ) to że będzie to tylko strata kasy. Może któraś z Was kupowała? Warto? Pytają tam o preferencje czy rzucają gotowymi dietami? Ten, kto ułożyłby dietę dla mnie, taką którą bym polubiła i faktycznie jadła, musiałby chyba dostać jakieś specjalne odznaczenie Super Człowieka Cierpliwości, serio. xD Może znacie takiego? :)



To chyba na tyle. Wpis na szybko i pewnie nieco nieprzemyślany (jakby co, pytajcie w komentarzach), ale musiałam sobie trochę ponarzekać, ale też trochę się pochwalić. :) Mam nadzieję, że za miesiąc będzie dużo lepiej i że wtedy będę już mogła wstawić jakieś porównawcze zdjęcie. Proszę Was o kopa do działania, trochę motywacji i trzymanie za mnie kciuków. :) A ja trzymam je za Was, jeśli też walczycie! :* Czasem początki są trudne. Radość jest dopiero na końcu, ale warto po nią sięgać. Dlatego kończę wpis, spinam poślady i uciekam walczyć dalej o tę swoją przyszłą radość. Buziaki! :*

15 komentarzy:

  1. życzę wytrwałości! sama też niedawno zaczęłam moją przygodę z ćwiczeniami :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak miło usłyszeć, że nie tylko ja jestem "całe życie na diecie" :) Swoją historię mam podobną jednak musiałam brać hormony ze względu na nadczynność tarczycy i jak sobie przypomnę, że rok temu ważyłam ok.10kg mniej a i tak próbowałam schudnąć to ryczeć się chce :( ale robię co mogę! Całe szczęscie uwielbiam jeździć rowerem i to dobrze 'wyciaga'.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja od jakichś dziesięciu lat jestem na permanentnej diecie. Z reguły zaczynałam w poniedziałki po to, żeby skończyć w środę bo akurat miałam smaka na pizzę czy batonika :) Z wszelkimi ćwiczeniami jakoś było mi nie po drodze do czasu aż w zeszłym roku koleżanka namówiła mnie na zumbę :) Zaczęłam chodzić w lipcu zeszłego roku, teraz chodzę też na piłki i na jumping frog, średnio cztery razy w tygodniu (w weekendy odpoczywam). W kwietniu postanowiłam też zacząć dietę. A w zasadzie nie - pierwszy raz w życiu nie nazywam tego dietą, a zmianą sposobu żywienia. Jem nieco mniej pieczywa, trochę mniej słodyczy, więcej warzyw i owoców, jem regularnie. Jak mam ochotę to kupuję sobie batonika albo idę na pizzę i piwo :) W tym czasie schudłam 8 kg i wiem, że na tym nie poprzestanę. Nie oszalałam, nie chcę chudnąć za wszelką cenę, nadal mam nadwagę, ale w końcu dobrze się czuję w swoim ciele :)
    Jeśli chodzi o ćwiczenia - poszukaj sobie w necie Focus (inna nazwa T25) - 25 minutowe ćwiczenia, rozpisane na kolejne dni. Prowadzący - kat. Ja wytrzymałam najdłużej 1,5 tygodnia, ale moja koleżanka ćwiczyła z nim około 6 tygodni i efekty były świetne.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja jestem chyba za leniwa do ćwiczeń :D Ostatnio poszłam sobie raz pobiegać - było całkiem fajnie :D Chociaż w sumie bardziej od biegania nazwałabym to marszo-biegiem. Trochę marszu, trochę biegu i tak na przemian :D Może będę to powtarzała, kto wie :D

    OdpowiedzUsuń
  5. powodzenia i wytrwania!!
    ja nie umiem się zmobilizować, a zapuściłam się masakrycznie...

    OdpowiedzUsuń
  6. Trzymam kciuki za Ciebie ;) ja nie potrafię się zmotywować do diet i ćwiczeń; ( chociaż nie jestem gruba to mam o wiele cm w talii więcej niż przed porodem i ciągle przybywa ;(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzymaj mocno 😘😘 i ja też trzymam za Ciebie, bo doskonale wiem że najtrudniej jest zacząć...

      Usuń
  7. Powodzenia kochana :) Od siebie dodam, że dużym ułatwieniem jest znalezienie sportu/aktywności, które sprawiają przyjemność (dla mnie to squash, bieganie, jazda konna, spinning), wtedy kilogramy same lecą, a i o diecie nie trzeba pamietać :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Chciałabym... chciała... tylko kiedy? Po nocach chyba :/

    OdpowiedzUsuń
  9. Bardzo mnie zaskoczyło - 17 bez niczego? od tak? hmm ciekawa sprawa :)
    Mimo że ci co nieco wróciło i dalej walczysz o idealną sylwetkę to z całego serducha ci tego życzę a przede wszystkim wytrwałości i mobilizacji :) mnie by się przydał porządny kopniak w dupę bo do ćwiczeń jestem leniem i to strasznym ale może to też kwestia tego że bardzo mało czasu spędzam w domu, bo jak nie jestem np 11 godzin w pracy to latam jak poparzona po mieście i załatwiam różne sprawy a w domu tak naprawę jestem aby się umyć i iść spać heh

    OdpowiedzUsuń
  10. Ja również się za siebie "wzięłam" - podczas urlopu trochę mnie przybyło i koniecznie muszę coś z tym zrobić.

    OdpowiedzUsuń
  11. Potrzeba czasu i bedzie lepiej :*

    OdpowiedzUsuń

Zapraszam, skomentuj. :) Chętnie poznam Twoje zdanie.
(komentarze tylko o formie reklamy swojego bloga zostaną skasowane). Jeśli masz pytanie - pytaj, odpowiadam na wszystkie, niezależnie od tego kiedy i pod którym wpisem je zadasz :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...