wtorek, 16 października 2018

Dwie marki z Drogerii Hebe - CHARLES WORTHINGTON oraz SANCTUARY SPA. Czy są warte uwagi?

Hej! ;)

Dziś przybywam do Was z kilkoma recenzjami zupełnie nieznanych mi dotąd marek! Mowa o marce Charles Worthington oraz drugiej - Sanctuary SPA. Znacie je? ;) Jeżeli często robicie zakupy w Drogerii Hebe, to możliwe, że już na nie natrafiliście. Bowiem właśnie tam możecie kupić je na wyłączność.





Na początek pokażę Wam dwa produkty do włosów marki Charles Worthington.




Charles Worthington - nawilżający szampon micelarny do codziennego stosowania (KLIK), chroniący kolor, to pierwszy produkt, po który sięgnęłam.


Bardzo lubię testować wszelakie szampony do włosów, rzadko powracam regularnie do jednego (choć oczywiście jeśli bardzo jakiś lubiłam to mi się to zdarzało). Od szamponu nie oczekuję cudów. Jeśli włosy się po nim nie puszą, ani nie są splątane, to już możemy się polubić. ;-) W ogóle ostatnio chyba zrobiłam się mniej wybredna pod względem kosmetyków. To dobrze, czy źle?


Szata graficzna opakowania jest przyjemna dla oka i dosyć spokojna. Producent zapewnia, że szampon jest tak łagodny, że może być stosowany do codziennego użytku. Ja mam ten komfort, że mogę sobie pozwolić na mycie włosów co 4 dni, ale myślę, że dla osób, które są zmuszone czynić to znacznie częściej, będzie to przydatna informacja. Po umyciu włosy są naprawdę mocno oczyszczone, nie plączą się, nie mam problemu z ich późniejszym rozczesaniem. Produkt łatwo się pieni. Zapach jest bardzo delikatny, lekko słodkawy, ale (przynajmniej na moich włosach) nie utrzymuje się za długo.

Największym atutem jest przeźroczyste opakowanie tubki. Dzięki temu mamy ciągłą kontrolę co do pozostałej jeszcze ilości szamponu. Oczywiście, metodą "na wagę" też da się to kontrolować, ale ja akurat jestem zwolenniczką przeźroczystych opakowań. Trzeba sobie ułatwiać, a co. ;) Zatem jeśli szukacie fajnego szamponu na co dzień, który nie obciąży Wam włosów, ani nie zrobi z nich siana, to warto rozejrzeć się za tym produktem przy okazji zakupów w Drogeriach Hebe. Wydaje mi się jednak, że najbardziej przypadnie do gustu posiadaczkom włosów niskoporowatych lub średnioporowatych. Pojemność tubki to 250 ml.



Charles Worthington - delikatna nie obciążająca włosów odżywka do codziennego stosowania (KLIK), chroniąca kolor.


Z odżywką sprawa miewa się podobnie, jak ze wspomnianym wcześniej szamponem, z tą różnicą, że tutaj nie mamy już tak przeźroczystej tubki, jak powyżej. Zapach tego produktu jest zdecydowanie słodszy, niż szamponu, ale to wciąż ta sama linia zapachowa. Odżywka jest biała, ma lekką, kremową konsystencję, dzięki czemu nie spływa, gdy nałożymy ją na włosy, dobrze się rozprowadza i zdecydowanie ułatwia późniejsze rozczesywanie włosów. Włosy nie są po niej obciążone, łatwo się ją spłukuje. I to chyba tyle. Jest fajnym dopełnieniem powyższego szamponu, dobrze się uzupełniają, a włosy po umyciu pozostają miękkie i świeże, delikatnie uniesione od nasady. Produkt ma także chronić kolor w przypadku włosów farbowanych, ale na ten temat się nie wypowiem, ponieważ nigdy nie farbowałam swoich włosów. W przypadku tej odżywki również uważam, że jeszcze lepiej sprawdziłaby się na włosach niskoporowatych. ;-) Pojemność tubki to 250 ml.



Teraz czas na prezentację produktów Sanctuary SPA.

Zacznijmy od peelingu solnego (KLIK), który od samego początku zrobił na mnie największe wrażenie.



Już sam jego wygląd może przyprawić o mały zawrót głowy. ;-) Produkt zamknięty jest w OGROMNYM szklanym 650-gramowym słoiczku, który na żywo prezentuje się co najmniej imponująco (różowe złoto to zawsze strzał w dziesiątkę!). Po zużyciu całości na pewno każdej z nas przydałby się w kuchni.



Produkt jest bardzo dobrze zabezpieczony. Nie ma opcji, by coś się z niego przypadkowo wylało, a dodatkowo mamy pewność, że nikt wcześniej przed nami z niego nie korzystał. Osobiście bardzo lubię takie rozwiązania w przypadku kosmetyków, a Wy?



Jak możecie zobaczyć na poniższym zdjęciu, po otwarciu pierwsze, co rzuca się nam w oczy, to całe mnóstwo olejków, a w nich zanurzone drobinki solne. Już na samym początku powinnam przecież wspomnieć, że jest to peeling na bazie soli z Morza Martwego połączony z olejem jojoba, olejem kokosowym, jak również olejem migdałowym. Przy czym (oczywiście według mnie) to właśnie migdałowo-podobna woń na skórze zapachem wybija się najmocniej. Choć to też kolejny ciężki do opisania zapach. ;)



Peeling delikatnie zdziera martwy naskórek, więc idealnie nadawał się będzie dla delikatnej, cienkiej i wrażliwej skóry. Ważne jest dla mnie to, że nie podrażnia skóry. Dzięki tak znakomitemu połączeniu go z olejem kokosowym, olejem jojoba oraz olejem migdałowym otrzymujemy prawdziwą bombę nawilżenia. Po użyciu skóra jest niesamowicie gładka i nawilżona, także wszelkie późniejsze używanie balsamów jest całkowicie zbędne. To zdecydowanie mój ulubiony produkt z całej tej trójki. Serdecznie polecam!



Kolejnym produktem od Sanctuary SPA jest rozświetlający balsam do ciała Wonder Body (KLIK)


Balsam zamknięty jest w lekkiej, poręcznej tubce. Ma niesamowicie leciutką i przyjemną konsystencję. Rozprowadza się go z przyjemnością po skórze. Wchłania się bardzo szybko, pozostawiając skórę wygładzoną, nawilżoną i delikatnie rozświetloną. Ja jestem bladziochem, więc na mojej skórze efekt rozświetlenia nie jest może tak bardzo spektakularny, ale wyobrażam sobie, że na opalonej ciemnej nóżce czy dekolcie prezentowałby się obłędnie! Nie bójcie się jednak, że w środku napakowano mnóstwo brokatu. Wręcz przeciwnie. Drobinki są bardzo drobne. Balsam delikatnie zmienia odcień skóry, ale u mnie po dokładnym rozsmarowaniu było to prawie niezauważalne. Jest w kolorze delikatnej kawy z mlekiem ;) Jeżeli chodzi o zapach, to wszystkie te produkty bardzo długo utrzymują się na skórze. Dla mnie pachnie on jakby orzechowo i lekko słodkawo. Nie jest to typowo słodki zapach, ale do goryczy też mu daleko. Raczej coś pomiędzy. Dla mnie to taki otulający zapach, typowo na jesień ;-) Wzbogacony został o ekstrakt z pestek winogron i olejki abisyńskie. Pojemność to 150 ml.



Kolejnym produktem od Sanctuary SPA jest 12h nawilżający krem pod prysznic.


Można powiedzieć, że była to dla mnie nowość, ponieważ zazwyczaj podczas kąpieli używam żeli pod prysznic. Po raz kolejny mamy tu do czynienia z pięknym - niby skromnym, ale jednak robiącym wrażenie - opakowaniem. Butelka jest lekka, dosyć twarda, choć też na tyle elastyczna, że z łatwością można wydobyć z niej całą zawartość. Nakrętka zakończona charakterystycznym "kliknięciem" (disc top), co bardzo mi odpowiada (lubię je na równi z pompkami, a Wy?). Produkt ma naprawdę ciekawą i przyjemną formułę. Wyciśnięty na skórę bezpośrednio z opakowania przypomina lekki balsam, natomiast w trakcie rozsmarowywania jakby przemieniał się piankę (a wiecie, że takowe uwielbiam!). Jest przy tym niewiarygodnie wydajny, ponieważ wystarczy naprawdę nałożyć go odrobinę, by po rozsmarowaniu pokrył większą część ciała. Co do obietnic producenta, to faktycznie zgodzę się z tym, że pozostawia skórę gładką i nawilżoną, bardzo długo pachnie, nie podrażnia i - co wynika z wcześniejszych moich słów - nie wysusza. Jeśli natomiast chodzi o zapach, to w zasadzie ciężko jest mi go do czegokolwiek przyrównać. Jest dość specyficzny dla pielęgnacji. Jedyne, co przyszło mi do głowy, to że podczas olejowania swoich włosów wyczuwam coś podobnego, ale podejrzewam, że za wiele Wam to nie powie, w związku z czym najlepiej przekonać się samemu. Pojemność to 250 ml.



Jestem zaskoczona, że produkty tak fajnie się u mnie sprawdziły, bo przyznam szczerze, że wcześniej zupełnie o nich nie słyszałam. :) Cieszę się, że miałam możliwość ich wypróbowania i ciekawa jestem pozostałej oferty, innych linii czy zapachów. Jeżeli macie wśród nich jakiegoś ulubieńca, to napiszcie!



I to chyba tyle! Koniecznie dajcie znać, czy znacie którykolwiek z zaprezentowanych przeze mnie produktów? A może któryś Was zainteresował?

16 komentarzy:

  1. szkoda że nie mam nigdzie w okolicy Hebe :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja u siebie blisko też niestety nie mam :( najbliższy w mieście i ubolewam nad tym ;)

      Usuń
  2. Mam u siebie Hebe, ale jestem tam dosłownie raz na rok.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nie ciekawi Cię asortyment, czy tak po prostu wychodzi, że "nie po drodze" wam? :)

      Usuń
  3. Ah, szkoda że ten peeling jest solny :P

    OdpowiedzUsuń
  4. Sanctuary Spa mnie zaciekawiło :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Piękny jest zapach kosmetyków Sanctuary i ciesze się, że sa w końcu w Polsce.

    Co do składu, to peeling ma olej kokosowy i migdałowy, nie olejki (to duża różnica). Olej migdałowy pachnie jak ... olej i nie daje kosmetykowi zapachu ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no właśnie, teraz zauważyłam, że niżej napisałam oleje, a wcześniej się wkradły olejki, już poprawione, dzięki za zauważenie :D no ciężko mi właśnie opisać ten zapach, bo niby typowo olejowy, ale jednak coś tam jeszcze czuć.

      Usuń
  6. Szampon chroniący kolor to coś dla mnie.Nigdy stosowałam tych produktów jeszcze :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. to może czas zerknąć na nie przy okazji zakupów :) pozdrawiam!

      Usuń
  7. obie te marki to dla mnie całkowita nowość, dawno nie byłam w hebe

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie ma hebe w mojej okolicy, więc totalnie nie znam obu marek :(. Nie mogę się zbyt konkretnie wypowiedzieć ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nie martw się - ja też wcześniej nie miałam o nich pojęcia :)

      Usuń

Zapraszam, skomentuj. :) Chętnie poznam Twoje zdanie.
(komentarze tylko o formie reklamy swojego bloga zostaną skasowane). Jeśli masz pytanie - pytaj, odpowiadam na wszystkie, niezależnie od tego kiedy i pod którym wpisem je zadasz :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...